Świadkowie Jechowy II

W niedziele też spotkaliśmy (innego niż ostatnio) Świadka Jechowy.  Tym razem podczas spaceru z psem. Rozmowa wyglądała zgoła inaczej:

Świadek Jechowy: Gazetkę?
Hanna (nie znając natury daru): Weźmiemy
Hanna (po zerknięciu na tytuł wydawnictwa): A nie dziękujemy, sami ateiści.
ŚJ: A co zrobicie kiedy przyjdzie Pan?
JB: Przecież nie przyjdzie.  . .

Rozmowa jakoś się nie kleiła, ale cóż. Może większy wpływ miało to że nasz pies nie polubił ŚJ.

Reklamy

Jak to być „polskim młodym naukowcem”

Panuje jakiś taki pogląd że polscy naukowcy są jakoś dramatycznie biedni, nauka jest niedoinwestowana, i w ogóle to marnacja piędzy jest. Z mojej perspektywy (na pewno niereprezentatywnej) wygląda to inaczej.

Podstawowe stypenium doktoranckie na pewno nie pozwala na utrzymanie się w Warszawie, ale stypdentum naukowe pozwala już próbować. Ale uwaga: nie znam doktoranta który żyłby z samego stypendium — zresztą nie czarujmy się, na Fizyce ilość obowiązków których wykonywanie pozwala na uzyskanie stypendium swobodnie pozwala na posiadanie innego źródła utrzymania. Część pracuje, reszta siedzi w grantach. Ja poza wydziałem mam dwa granty ‚na boku’ a planujemy odpalić trzeci. Prawdopodobnie więc zarabiam podobne pieniądze co doktoranci z zachodu.

Fakt że dałbym dużo za możliwość poświęcenia się pracy naukowej (tj. gdyby dawali mi tyle pieniędzy co teraz ale nie musiał bym robić rzeczy z grantów). Wtedy ten doktorat zrobiłbym w dwa lata. A tak cztery przy dobrych wiatrach (czytaj: po półtora roku nic nie jest ruszone!).

Z innej strony prawdopodobnie w firmie zarabiałbym lepiej, i pracował mniej. Aczkolwiek praca naukowa ma wiele przewag nad siedzeniem w biurze (na każdy z tych punktów ktoś narzekał):

  • O ósmej to ja mogę wstać, najwcześniej jak jestem w ‚pracy’ to 10.30.
  • Generalnie kiedy piszę mejla do „szefa” (prodziekana) dostaje odpowiedź. Generalnie jeśli umawiam się na coś z szefem to umowa zostanie wypełniona.
  • Generalnie to co robie ma sens.
  • Większość kodu piszę w pythonie albo ogólniej: pracuję w technologiach które lubie i rozumiem.
  • To co robie nie powoduje moralnego niesmaku (inaczej niż w np. w Facebooku)
  • Rozwijam się dużo szybciej niż kiedykolwiej się rozwijałem (rozwijałbym się w firmie)

Podsumowując: Doktorat na uczelni technicznej może być sensownym krokiem w rozwoju kariery.

Koko eko, plastik spoko :P

To czego nie lubie w ekologii to jest to że, w wielu wydaniach, wiąże się ona z wielkim zawracaniem dupy, a ja nie znoszę jak mi się dupę pierdołami zawraca.

Stwórzmy sobie walutę która nazywa się ekos i jest ona wyznacznikiem tego jak dużo dane coś jest szkodliwe ekologicznie. I powiedzmy że tworzymy sobie cennik który wygląda tak:

Wyrzucenie zakręconej butelki: 0.2 ekos
Wyrzucenie odkręconej butelki: 0.1 ekos
Nalanie do wody do butelki: 0.0001 ekos.
Śniadanie: 5 ekos

i tak dalej

Sam fakt mojego istnienia ma pewien ekologiczny koszt — ponieważ by żyć muszę pić, jeść, wydalać, dojechać do pracy itp. Powiedzmy że dzień mojego funkcjonowania to 50 ekos, czyli godzina to 2 ekos. Więc jeśli wolontariacko postanowię uczynić-ziemię-lepszą i zajmie mi to godzinę, to niech lepiej zaoszczędzi to ziemi więcej niż dwa ekosy — w przeciwnym wypadku koszt czasu jaki straciłem będzie większy niż zysk dla matki-ziemi. Zamiast, dajmy na to, wracać się przez pół miasta po płócienną torbę, mogę wziąć ze sklepu plastik, a zaoszczędzony czas poświęcić na budowanie aplikacji, której ostatecznym celem jest to, żeby w Województwie mazowieckim mogło być mniej wpizdu-drogich stacji pomiarowych monitorujących zanieczyszczenia środowiska (a postawienie takiej jednej stacji to koszy miliona ekosów).

Pytacie jak określam wartość ekosów? Otóż założyłem że 1 ekos == 1 złotówka. I myślę że taka estymacja jest całkiem poprawna (tak z dokładnością +- 30%), z grubsza bowiem kupując coś płacę za pracę tych ludzi którzy współpracowali w dziele produkcji oraz dostarczenia mi tego czegoś. Oczywiście kupując litr paliwa z tych 6 złotych 3 to koszty produkcji, 2 to zysk państwa na akcyzie a 1 to zysk Putina na ropie, ale państwo za te pieniądze, nie wiem, wiadukt sobie strzeli (co jest nieobojętne dla środowiska), a Putin wyda na wódkę (której produkcja też jest nieobojętna ekologicznie) i dziwki (czyli za ich pracę). Więc z niezłą dokładnością ekos = złoty (oczywiście o ile zakładamy funkcjonowanie mechanizmów wolnego rynku i przy założeniu że jako typowy przedstawiciel klasy średniej nie kupuje sobie mega luksusowych przedmiotów dla których relacja ta może być złamana).

Więc generalnie ekologiczne są rzeczy tanie. Nasz proste przybliżenie wskazuje że bardziej ekologiczna jest torebka plastikowa niż papierowa, o patrzcie tutaj jest potwierdzenie. Jedziemy dalej co jest bardziej eko: podróż do Islandii samolotem czy promem — taniej wychodzi samolotem (130 Funtów kontra 240 Euro promem). Niby samoloty są takie szkodliwe ekologicznie bo palą mnóstwo paliwa lotniczego, a tu klops. Dodam też że zakup ekologicznej torby w Tesco (która kosztowała ze 7 złotych) jeszcze nam się nie zwrócił — bo z Tatą na zakupy przez ostatni rok zabraliśmy ją może pięć razy.

Idąc dalej tym ekonomiczno–ekologicznym tropem, głównym moim kapitałem jest to co mam głowie, a głównym moim zyskiem jest zarabianie na tym co z tej głowy wyjdzie. Wszelkie zasoby intelektualne bardzo sobie cenię. Więc wszystko co zawraca mi głowę mogę traktować jako koszt. Tak samo cenię sobie sloty w pamięci szybkodostępnej pamięci w moim mózgu. Większość zaleceń ekologów powoduje zużywanie tych zasobów — na przykład: „pamiętaj o braniu wielorazowej torby”, „oszczędzaj prąd z łazienki korzystaj po ciemku”. No ja dziękuję bardzo za racjonalny projekt korzystania z łazienki po ciemku skończy się tym że wybije sobie palec o (dajmy na to) młotek który przypadkiem zostawiłem na środku łazienki dwa dni wcześniej (więc oszczędzając na prądzie 50 groszy zmarnuję kilkadziesiąt złotych na lekarza). Projekt wykorzystywania obu stron kartek umarł kiedy okazało się że więcej czasu zajmuje mi zorientowanie się która strona jest która niż korzystanie z notatek pisanych na odwrocie 😉 (znów za każde zaoszczędzone 20 kartek (czyli około złotówki) marnuję piętnaście minut znalezienie odpowiedniej notatki (co kosztuje mnie przynajmniej pięć razy więcej)).

Gdyby te wszystkie wysiłki intelektualne które pół ludzkości wkłada w bycie eko zainwestować w jakiś kreatywny projekt (na przykład Fusion Reactor) to ów reaktor już dawno by działał.

Nie dać się zwariować

Przeczytałem artykuł wychwalający branie sobie niedzieli całkiem wolnej. I szczerze powiem że nie jestem przekonany że to dla mnie byłoby dobre. Po pierwsze dlatego robię doktorat żeby to co robie było spójne z tym co chce robić — robie naukę (Step away now I will do Science bitches!) bo to lubie. Mogę pluć, narzekać i ostro kląć, ale to jest to co lubie robić. Lubie chodzić na wykłady, gdzie dają mi zapakowaną w pudełko wiedzę. Więc w sumie skoro robie to co lubie i lubie to co robie to czemu raz w tygodniu robić co innego.

To jest jedna strona medalu. Druga jest taka że jednak uczestniczę w zbyt wielu rzeczach i po prosu zawsze mam coś do zrobienia na wczoraj (albo an jutro). Przyjąłem zatem następującą zasadę: rzeczy konstruktwne robie przeciętnie przez 8 — 10 godzin dziennie. Potem robie to co mam na to ochotę. Jeśli jakiegoś dnia miałem dwa wykłady a między nimi pogrzebałem przez 2 godziny w eksperymencie. To w domu pracuje już max 2 godzinki żeby wyrobić normę. Jak jest coś bardzo pilnego to posiedzę jeszcze dwie, a potem przerywam pracę, choćbym był dokładnie w połowie czegoś. Znaczy jeśli mam na to ochotę. Jeśli chce mam ochotę po programować dalej — robię to.

I wreszcie mogę sobie wieczorem w spokoju zdobyć odznakę pacyfisty w najnowszym Deus Ex. Codziennie wyprowadzam psa na spacer i takie tam.

Ulubione danie nr 1, czyli męska kuchnia

Makaron z oliwą i serem.

  • Makaron – musi być dobry, zapomnieć o makaronach ‚babuni’. Ja polecam lubellę.
  • Oliwa z pestek winogron. Ja po prostu bardzo ją lubię. Będzie czuć w daniu jej smak więc warto wybrać swoją ulubioną.
  • Dobry twardy ser. Ja używam ‚Parmeser’ bo na milozadupiu nie ma parmezanów.

Na jedna porcję ja zużywam:

  • Pół paczki makaronu, czyli 250gr.
  • Pół kostki sera, czyli 125gr.
  • Oliwy do smaku.

Makaron ugotować, ser zetrzeć.

Uwielbiam swoje życie :)

A dziś wstałem koło 10, do jakieś 13 spokojnie grzebałem sobie w takim jednym prywatnym projekcie. O 13 zjadłem śniadanie, wyszedłem z psem na spacer i pojechałem na PW.

Zero stresów zero nacisków.

O 16 przyszedł do mojego labu człowiek robiący zastępstwo na zajęciach, na które postanowiłem nie przyjść, a które przypadkowo są akurat w mojem labie.

„Cześć masz tutaj zajęcia?”
„Nie, to znaczy mam. Ale dziś się zrywam 🙂 Na te zajęcia mam projekt softwareowy, to sobie w święta popisze, a teraz chcę popracować ze sprzętem.”
„Aaa, ok. A ktoś inny będzie?”
„No przynajmniej ze dwie osoby jeszcze są zapisane”

Wróciłem spokojnie do domu, zjadłem obiad prawdziwego mężczyzny i oto jestem.

Nie nie zakochałem się. Choć biorąc pod uwagę jak mi wszystko wychodzi teraz, to prawdziwa-porywająca-i-silna-jak-tsunami miłość czeka za rogiem ;), and if not its OK too.