Jak to być „polskim młodym naukowcem”

Panuje jakiś taki pogląd że polscy naukowcy są jakoś dramatycznie biedni, nauka jest niedoinwestowana, i w ogóle to marnacja piędzy jest. Z mojej perspektywy (na pewno niereprezentatywnej) wygląda to inaczej.

Podstawowe stypenium doktoranckie na pewno nie pozwala na utrzymanie się w Warszawie, ale stypdentum naukowe pozwala już próbować. Ale uwaga: nie znam doktoranta który żyłby z samego stypendium — zresztą nie czarujmy się, na Fizyce ilość obowiązków których wykonywanie pozwala na uzyskanie stypendium swobodnie pozwala na posiadanie innego źródła utrzymania. Część pracuje, reszta siedzi w grantach. Ja poza wydziałem mam dwa granty ‚na boku’ a planujemy odpalić trzeci. Prawdopodobnie więc zarabiam podobne pieniądze co doktoranci z zachodu.

Fakt że dałbym dużo za możliwość poświęcenia się pracy naukowej (tj. gdyby dawali mi tyle pieniędzy co teraz ale nie musiał bym robić rzeczy z grantów). Wtedy ten doktorat zrobiłbym w dwa lata. A tak cztery przy dobrych wiatrach (czytaj: po półtora roku nic nie jest ruszone!).

Z innej strony prawdopodobnie w firmie zarabiałbym lepiej, i pracował mniej. Aczkolwiek praca naukowa ma wiele przewag nad siedzeniem w biurze (na każdy z tych punktów ktoś narzekał):

  • O ósmej to ja mogę wstać, najwcześniej jak jestem w ‚pracy’ to 10.30.
  • Generalnie kiedy piszę mejla do „szefa” (prodziekana) dostaje odpowiedź. Generalnie jeśli umawiam się na coś z szefem to umowa zostanie wypełniona.
  • Generalnie to co robie ma sens.
  • Większość kodu piszę w pythonie albo ogólniej: pracuję w technologiach które lubie i rozumiem.
  • To co robie nie powoduje moralnego niesmaku (inaczej niż w np. w Facebooku)
  • Rozwijam się dużo szybciej niż kiedykolwiej się rozwijałem (rozwijałbym się w firmie)

Podsumowując: Doktorat na uczelni technicznej może być sensownym krokiem w rozwoju kariery.

Reklamy

Ja, naukowiec?

Może to śmieszne, ale teraz, na piątym roku, odkryłem że do studiów można mieć nie stosunek, w najlepszym przypadku, ambiwalentny, ale bardzo bardzo pozytywny.

Dostałem  propozycję ciekawej pracy magisterskiej, temat jest skomplikowany i był w którymś poprzednim poście, ale tak na prawdę chodzi o zbudowanie sofwareu który będzie w stanie przewidywać (w krótkim okresie) poziomy zanieczyszczeń powietrza. Do przewidywania chcemy użyć sieci neuronowych (bo wiadomo że na świecie się tą metodę stosuje jako jedną z dwóch — a druga w Polsze nie będzie działać).

Jak się zastanawiam nad tym co chce robić dalej to coraz bardziej bawi mnie nauka, nie tylko dlatego bo ciekawa. Ale też bo pracuje się kiedy chce. Ja o 9 rano to mogę wstać, a nie wbiegać do firmy. Jestem hardkorową sową i nie chcę się zmieniać w skowronka.

Wcześniej jakoś nie bawił mnie pomysł kariery naukowej, ale bazowałem to na wrażeniach z Filozofii (‚No w habilitacji to pan coś dopisze od siebie, do doktoratu robimy prace na podstawie innych filozofów’), albo mniej fajnych magisterek na fizyce (‚Badanie właściwości mieszanin proszkowych wypiekanych/nie wypiekanych o składzie tutaj wpisać skład’).

Co do Filozofii to ja rozumiem że takie tematy są ‚bezpieczne’, ale tak kadry naukowej się nie wychowa. Właśnie na takim rozumieniu pracy Filozofa wyrasta estyma takiego Kołakowskiego którego eseje mają strukturę ‚Jedni uważają tak, inni inaczej’.

Co do Fizyki ja na prawdę rozumiem że mało jest rąk do pracy i ośrodków naukowych często nie stać na personel techniczny, ale znów — nie wychowa się sensownej kadry naukowej na tematach prac do których potrzeba sprawnego laboranta, a nie młodego naukowca. Bo ludzie z potencjałem na młodego naukowca, nie będą się bawić w temacie dla technika. A jak nie bedą się bawić przy pracy magisterskiej to nie pomyślą o doktoracie.

A i tak te dwa kierunki trzymają poziom. Filozofia wbrew temu co na nią kląłem jest na wysokim poziomie. Fizyka mimo wszystko też. Ale jak zdefiniować rozsądny temat pracy naukowej (praca magisterska, przy czym się upieram, powinna być pracą naukową) na Prawie, Administracji czy (o zgrozo) Turystyce?