„Her” czyli nowy test turinga

Oglądałem dziś z rodziną film Spike Jonze „Her” (po polsku „Ona”). Będą jakieś spojlery, ale raczej takie jak w każdej innej recenzji.

Opowiada on historię romansu głównego bohatera z jego inteligentnym systemem operacyjnym. Dla mnie cała historia była oczywistą oczywistością, czymś co będę miał szansę zobaczyć na żywo (no o ile polityka nie wpędzi nas w głęboką technologiczną recesję), i w ogóle o czym tu gadać (co więcej — bardzo podobne historie — czytane od drugiej strony czytałem już lata temu). Dla Hani natomiast ewentualne uczucia komputera do człowieka mogą być „sztuczne”, czy „symulowane”.

Czytaj dalej

Reklamy

Jak to być „polskim młodym naukowcem”

Panuje jakiś taki pogląd że polscy naukowcy są jakoś dramatycznie biedni, nauka jest niedoinwestowana, i w ogóle to marnacja piędzy jest. Z mojej perspektywy (na pewno niereprezentatywnej) wygląda to inaczej.

Podstawowe stypenium doktoranckie na pewno nie pozwala na utrzymanie się w Warszawie, ale stypdentum naukowe pozwala już próbować. Ale uwaga: nie znam doktoranta który żyłby z samego stypendium — zresztą nie czarujmy się, na Fizyce ilość obowiązków których wykonywanie pozwala na uzyskanie stypendium swobodnie pozwala na posiadanie innego źródła utrzymania. Część pracuje, reszta siedzi w grantach. Ja poza wydziałem mam dwa granty ‚na boku’ a planujemy odpalić trzeci. Prawdopodobnie więc zarabiam podobne pieniądze co doktoranci z zachodu.

Fakt że dałbym dużo za możliwość poświęcenia się pracy naukowej (tj. gdyby dawali mi tyle pieniędzy co teraz ale nie musiał bym robić rzeczy z grantów). Wtedy ten doktorat zrobiłbym w dwa lata. A tak cztery przy dobrych wiatrach (czytaj: po półtora roku nic nie jest ruszone!).

Z innej strony prawdopodobnie w firmie zarabiałbym lepiej, i pracował mniej. Aczkolwiek praca naukowa ma wiele przewag nad siedzeniem w biurze (na każdy z tych punktów ktoś narzekał):

  • O ósmej to ja mogę wstać, najwcześniej jak jestem w ‚pracy’ to 10.30.
  • Generalnie kiedy piszę mejla do „szefa” (prodziekana) dostaje odpowiedź. Generalnie jeśli umawiam się na coś z szefem to umowa zostanie wypełniona.
  • Generalnie to co robie ma sens.
  • Większość kodu piszę w pythonie albo ogólniej: pracuję w technologiach które lubie i rozumiem.
  • To co robie nie powoduje moralnego niesmaku (inaczej niż w np. w Facebooku)
  • Rozwijam się dużo szybciej niż kiedykolwiej się rozwijałem (rozwijałbym się w firmie)

Podsumowując: Doktorat na uczelni technicznej może być sensownym krokiem w rozwoju kariery.

Nie dać się zwariować

Przeczytałem artykuł wychwalający branie sobie niedzieli całkiem wolnej. I szczerze powiem że nie jestem przekonany że to dla mnie byłoby dobre. Po pierwsze dlatego robię doktorat żeby to co robie było spójne z tym co chce robić — robie naukę (Step away now I will do Science bitches!) bo to lubie. Mogę pluć, narzekać i ostro kląć, ale to jest to co lubie robić. Lubie chodzić na wykłady, gdzie dają mi zapakowaną w pudełko wiedzę. Więc w sumie skoro robie to co lubie i lubie to co robie to czemu raz w tygodniu robić co innego.

To jest jedna strona medalu. Druga jest taka że jednak uczestniczę w zbyt wielu rzeczach i po prosu zawsze mam coś do zrobienia na wczoraj (albo an jutro). Przyjąłem zatem następującą zasadę: rzeczy konstruktwne robie przeciętnie przez 8 — 10 godzin dziennie. Potem robie to co mam na to ochotę. Jeśli jakiegoś dnia miałem dwa wykłady a między nimi pogrzebałem przez 2 godziny w eksperymencie. To w domu pracuje już max 2 godzinki żeby wyrobić normę. Jak jest coś bardzo pilnego to posiedzę jeszcze dwie, a potem przerywam pracę, choćbym był dokładnie w połowie czegoś. Znaczy jeśli mam na to ochotę. Jeśli chce mam ochotę po programować dalej — robię to.

I wreszcie mogę sobie wieczorem w spokoju zdobyć odznakę pacyfisty w najnowszym Deus Ex. Codziennie wyprowadzam psa na spacer i takie tam.

Chaos, porządek

Chaos i porządek mieszają się w moim życiu. Nie ma się czym chwalić, do tej pory nie mam planu studiów. . . nie wiem czy zaliczam dość, za dużo czy za mało. Okaże się we wrześniu. Dobierze parę przedmiotów postudiuje pół roku więcej, pół roku mniej. Nie ma znaczenia. Finansowo sobie radze, parcia nie mam, żyje komfortowo. Who needs more.

Mój dom jest totalnym chaosem. . . do tego stopnia że M. powiedziała że jakoś przebywanie tam ją rozstraja (fakt coś w tym jest — dom neopogańskiegobuddysty może mieć atmosferę wybijającą z rytmu ortokato). Ja z kolei u niej w domu ponoć wywołałem sprzeczkę i zaskarbiłem sobie jednego niesympatyka. Mi się dobrze żyje u siebie.

Tak samo pracuje bardzo chaotycznie. . . Fakt że robie naraz pięć projektów (od projektu na jedno popołudnie, przez magisterke, po strone na kilkaset tysięcy odwiedzających dziennie), staram się jakoś uczyć odrobinę systematycznie i ogólnie mieć życie jakiekolwiek. Ale jakoś się wyrabiam, może nie na pięć. . . nikt normalny nie ma samych piątek. Ale generalnie jest lepiej niż gorzej. Jednocześnie czytam miliard różnych stron o tematyce od programowania po dupę maryni, jak mam książkę wartą czytania kończę ja w jeden dzień. . .

Ciągle też coś czuje. . . nie tak jak L. nie zakchłystuje się emocjami nie szaleje, emocje same przychodzą i odchodzą. Prawie jakby buddowie postanowili jednak zmusić mnie bym nauczył się mieć do nich dystans. . . ucze się. Miewam przebłyski absolutnego spokoju, harmonii, totalnego bezpieczeństwa. Świadomy sztormu wiem że ten jest tylko uciążliwością na drodze do celu.

Harmonia ukryta jest lepsza od jawnej — wypływa z mojej pamięci Hania cytując jeden z pięciuset zachowanych kawałków Heraklita.

To jest klucz. Chaos jest utajonym porządkiem. Każdy krok jest w kierunku celu. Nie muszę mieć planu wędrówki bo wiem że dam radę. Paulina jak zwykle mnie przejrzała: „Zupełnie nie widzę zasady według której umieszczasz cytaty na swojej ścianie. . . ale mam wrażenie że jakbym się postarała i znalazła jakiś ładny, powiedziałbyś że nie pasuje”. Czasem jej refleksje o mnie są perfekcyjne.