„Her” czyli nowy test turinga

Oglądałem dziś z rodziną film Spike Jonze „Her” (po polsku „Ona”). Będą jakieś spojlery, ale raczej takie jak w każdej innej recenzji.

Opowiada on historię romansu głównego bohatera z jego inteligentnym systemem operacyjnym. Dla mnie cała historia była oczywistą oczywistością, czymś co będę miał szansę zobaczyć na żywo (no o ile polityka nie wpędzi nas w głęboką technologiczną recesję), i w ogóle o czym tu gadać (co więcej — bardzo podobne historie — czytane od drugiej strony czytałem już lata temu). Dla Hani natomiast ewentualne uczucia komputera do człowieka mogą być „sztuczne”, czy „symulowane”.

Czytaj dalej

Reklamy

Świadkowie Nauki!

Odwiedziły nas dwie panie (chyba świadkinie jechowy, ale tak daleko nasza rozmowa nie zaszła, żebym miał potwierdzenie).

Świadkinie Jechowy (ŚJ): W tym okresie ludzie życzą sobie „wszystkiego najlepszego” lub „dużo szczęścia”. Czy uważa Pan, że kiedy ktoś Panu życzy tak, to ma wpływ na spełnienie tych życzeń?
JB: W sumie to w tym domu ludzie są całkiem szczęśliwi.
ŚJ: To bardzo dobrze słyszeć, Polacy całkiem rzadko to przyznają. A kiedy życzy Pan komuś coś takiego, to czy ma Pan wpływ na spełnienie życzeń?
JB: Najczęściej nie.
ŚJ: A czy jest ktoś kto ma taki wpływ?
JB: Raczej nie.
ŚJ: A czy Bóg nie ma wpływu?
JB: Widzi Pani, ja całkiem w Boga nie wierzę.

Czytaj dalej

Jak to być „polskim młodym naukowcem”

Panuje jakiś taki pogląd że polscy naukowcy są jakoś dramatycznie biedni, nauka jest niedoinwestowana, i w ogóle to marnacja piędzy jest. Z mojej perspektywy (na pewno niereprezentatywnej) wygląda to inaczej.

Podstawowe stypenium doktoranckie na pewno nie pozwala na utrzymanie się w Warszawie, ale stypdentum naukowe pozwala już próbować. Ale uwaga: nie znam doktoranta który żyłby z samego stypendium — zresztą nie czarujmy się, na Fizyce ilość obowiązków których wykonywanie pozwala na uzyskanie stypendium swobodnie pozwala na posiadanie innego źródła utrzymania. Część pracuje, reszta siedzi w grantach. Ja poza wydziałem mam dwa granty ‚na boku’ a planujemy odpalić trzeci. Prawdopodobnie więc zarabiam podobne pieniądze co doktoranci z zachodu.

Fakt że dałbym dużo za możliwość poświęcenia się pracy naukowej (tj. gdyby dawali mi tyle pieniędzy co teraz ale nie musiał bym robić rzeczy z grantów). Wtedy ten doktorat zrobiłbym w dwa lata. A tak cztery przy dobrych wiatrach (czytaj: po półtora roku nic nie jest ruszone!).

Z innej strony prawdopodobnie w firmie zarabiałbym lepiej, i pracował mniej. Aczkolwiek praca naukowa ma wiele przewag nad siedzeniem w biurze (na każdy z tych punktów ktoś narzekał):

  • O ósmej to ja mogę wstać, najwcześniej jak jestem w ‚pracy’ to 10.30.
  • Generalnie kiedy piszę mejla do „szefa” (prodziekana) dostaje odpowiedź. Generalnie jeśli umawiam się na coś z szefem to umowa zostanie wypełniona.
  • Generalnie to co robie ma sens.
  • Większość kodu piszę w pythonie albo ogólniej: pracuję w technologiach które lubie i rozumiem.
  • To co robie nie powoduje moralnego niesmaku (inaczej niż w np. w Facebooku)
  • Rozwijam się dużo szybciej niż kiedykolwiej się rozwijałem (rozwijałbym się w firmie)

Podsumowując: Doktorat na uczelni technicznej może być sensownym krokiem w rozwoju kariery.

Online university

Właśnie odkrywam radość interetowych uniwersystetów. Nie dość że to z reguły nic nie kosztuje, nie dość że nie trzeba dupy ruszać z domu na ósmą rano 😉 to jeszcze generalnie wykłady są dobrej jakości (lepszej niż część tych z PL).

Większość tego kształcenia jest raczej techniczna — co jest zresztą zrozumiałe, ale są humanistyczne perełki (no dobra dla mnie wszystko w czym nie ma rozkładu gaussa to już humanistyka)

Polecam:

No i oczywiście fajnych papierów żadna z tych inicjatyw nie da, ale jakieś certyfikaty są. Więc to raczej ku samodoskonaleniu polecam (aha i argument nie mam czasu nie działa kursy Stanfordu są odpowiednikiem przedmiotu uniwersyteckiego na dwie godziny wykładów i dwie godziny ćwiczeń w tygodniu, a to można zrobić i pracując na pełny etat).